Książka Marek S. Huberath - Ostatni, którzy wyszli z raju została dodana w dniu: 03.09.2022 Do tej pory zobaczyło ją ponad 2606 odwiedzających! Dziękujemy! Ostatni Lot Rudolfa C. Read more. Ostatni Lord Smok. Read more. Ostatni Szpieg Hitlera. Read more Marek Huberath Ostatni, ktorzy wyszli z raju. Read more. Fitzgerald F Scott Ostatni z wielkich. Read more. Bunch Chris - Ostatni Legion 01 - Ostatni Legion. Opowieść o Akademii pana Kleksa - główny wątek powieści. Opowieść o niezwykłej Akademii pana Kleksa jest głównym wątkiem powieści Jana Brzechwy. Jej narratorem jest dwunastoletni Adaś Niezgódka, uczeń pana Kleksa, który w pamiętniku stara się opisać to, co dzieje się w szkole, w której uczy się od sześciu miesięcy. Ostatni, Którzy Wyszli Z Raju WRÓCIEEŚ SNEORG, WIEDZIAŁM I. Na podłodze kilka jasnych plam formowało rządek. Snorg lubił obserwować, jak powoli wędrowały po matowej wykładzinie. Odróżniały się od łagodnej poświaty panującej w Pokoju. Już dawno odkrył, że światło to wpada przez niewielkie okna pod sufitem. „Zwalczajcie tych, którzy nie wierzą w Boga i w Dzień Ostatni, którzy nie zakazują tego, co zakazał Bóg i Jego Posłaniec, i nie poddają się religii prawdy – spośród tych, którym została dana Księga (tzn. żydów i chrześcijan), dopóki oni nie zapłacą daniny własną ręką nie i zostaną upokorzeni” (9:29). KSKxV4. Home Książki Fantasy, science fiction Ostatni, którzy wyszli z raju Zawartość zbioru: - „- Wróciłeś Sneogg, wiedziałam...” - Trzy kobiety Dona - Kara większa - Ostatni, którzy wyszli z Raju - Kocia obecność Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni. Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie: • online • przelewem • kartą płatniczą • Blikiem • podczas odbioru W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę. papierowe ebook audiobook wszystkie formaty Sortuj: Książki autora Podobne książki Oceny Średnia ocen 8,2 / 10 162 ocen Twoja ocena 0 / 10 Cytaty Powiązane treści Antykwariat AmicusUl. Piłsudskiego 37B05-091 ZąbkiWszystkie przesyłki są zabezpieczone przed powstaniem fizycznych przypadku zakupu produktów na kilku naszych aukcjach, za przesyłkę płacisz tylko raz!Wysyłka w ciągu 24h!Płatności:Płatności można dokonywać na nasz rachunek bankowy:87 1140 2004 0000 3802 7574 0499Polecamy korzystanie z opcjiProwadzimy dwa konta na allegro: książkowe:oraz muzyczne: OSTATNI, KTÓRZY WYSZLI Z RAJU - Marek S. Huberath ParametryRodzaj okładki:MiękkaStan:Używany Zawartość zbioru: - „- Wróciłeś Sneogg, wiedziałam...” - Trzy kobiety Dona - Kara większa - Ostatni, którzy wyszli z Raju - Kocia obecność . WYDANIE: Zysk i S-ka / 1996 / Poznań ILOŚĆ STRON: 280 STAN: Bardzo dobry SZCZEGÓŁY OBWOLUTA: Brak OKŁADKA: Bardzo dobra GRZBIET: Bardzo dobry KARTKI: Znikome ślady użytkowania BLOK: Spójne Stan wszystkich sprzedawanych książek jest jak najdokładniej opisywany, jeżeli jednak masz jakieś pytania dotyczące aukcji, skontaktuj się z nami! Stan wszystkich sprzedawanych przedmiotów jest jak najdokładniej opisywany, jeżeli jednak masz jakieś pytania dotyczące aukcji, skontaktuj się z nami! Dominika Kaszuba: Utwór "Ta ostatnia niedziela" i ostatnia scena z filmu "Chrzest" sprawiły, że przyszedł mi na myśl jeden z filmów Andrzeja Wajdy. Czy chciałeś nakręcić współczesny "Popiół i diament"? Marcin Wrona: A! (śmiech) Nie, nie myślałem o tym. Ale przy moim poprzednim filmie, "Moja krew", gdy go pokazałem Andrzejowi Wajdzie powiedział, że takie powinno być zakończenie. Żeby bohater wylądował na jakimś śmietniku, pozostałym po Stadionie Dziesięciolecia. Tym razem w ogóle nie miałem takiego skojarzenia. Skojarzenie pojawiło mi się natomiast z innym filmem, ze "Spaleni słońcem" [Nikity Michałkowa]. Uświadomiłem sobie, że tam też jest bohater, który ucieka od własnej przeszłości do raju, który sobie stworzył. Ta przeszłość jakby się o niego upomina, w sposób nieunikniony zabiera mu też to, co kocha. Natomiast scena, o której mówisz, bardziej chodziło mi o odniesienie do mitu Kaina i Abla. No i jest to też scena, która zamyka, spina klamrą początek. Znów pojawia się woda, element związany z rytuałem. Scena stanowi również rodzaj pożegnania i zastępowania, wchodzenia w rolę. Chrzest nabiera tutaj wieloznaczności, ponieważ Janek przekształca się w zupełnie nowego człowieka. I czy jest to przekształcenie się w dobrego, czy w złego, chciałem, żeby widzowie sami to dostrzegli. Jedna i druga opcja są równie umotywowane i w zależności, kto jest jakim człowiekiem, tak to odbierze. Na tym zależało mi najbardziej. Kadr z filmu "Chrzest" W czasie przygotowań do realizacji filmu rozmawiałeś z więźniami. Czy oni pragną po wyjściu na wolność stworzyć sobie podobny do filmowego raj na ziemi? Diagnoza jest tu pesymistyczna. Gdy z nimi rozmawiałem, każdy mówił, że chce wyjść, natomiast więzienie jednak strasznie deprawuje i recydywa trafia tam na podatny grunt. Ci którzy wyszli, wracają przecież do więzienia. Są oczywiście tacy, którzy podejmują próby ucieczki od tego losu. Rozmawiałem z kilkoma, zwłaszcza z Igorem (który wziął scenariusz i go przerobił po swojemu, i dużo rzeczy z tego wykorzystałem w filmie). Teraz siedzi już trzeci raz, za zabójstwo. Igor rozpoczął pracę w podobnej firmie, jaką pokazuję w filmie. Kiedy właściciel zorientował się, że Igor miał epizody kryminalne, zaczął traktować go jak człowieka niższej kategorii i oszukiwać na pieniądze. Gdy lądujesz w więzieniu, to jest jednak równia pochyła. Ścierasz się ze złem, które działa destrukcyjnie na człowieka. No i jest też sumienie, które obciąża, nie daje spokoju. Tak jak u Janka, gdy zobaczył tortury. Wszyscy, z którymi rozmawiałem mówili, że mieli lub widzieli dokładnie takie reakcje. Opowiadali w jaki sposób odreagowują, że to się wiąże z próbą zachowania resztek człowieczeństwa. Ale nie ma drogi powrotnej i dlatego film spełni być może taką funkcję, że ktoś się zastanowi nad swoim życiowym wyborem. "Chrzest": oglądaj materiały wideo! Wspomniałeś o scenie tortur. Co myślisz o wpływie przemocy ukazanej w filmach na wzrost zachowań agresywnych w realnym życiu? Ważne jest, jaka intencja przyświeca reżyserowi, który tę przemoc pokazuje. Oczywiście zło jest bardzo filmowe. Polański całe życie eksploruje temat przemocy. Ważne, co z tego wynika. Czemu to służy. Jeżeli film zwiera tak zwaną "złą energię", czyli za intencjami reżysera stoi tylko to, że lubi on pokazywać zło, jestem przeciwny. Natomiast jeśli ukazujemy przemoc jako efekt złego wyboru człowieka i ukazujemy historię, która się wydarzyła, to może zadziałać jak hamulec. Wtedy oczywiście jestem za tym. Myślę też, że ważna jest forma. Przemocy jest teraz wszędzie strasznie dużo. Ludzie pozbywają się telewizorów, dlatego że włączamy telewizję i tu ktoś spadł, tam ktoś strzelał. Myślę, że nasze, twórców zadanie polega na tym, by nie kopiować tego, co jest w telewizji, tylko wydobywać znaczenie psychologiczne, ukazywać w jaki sposób ta przemoc oddziałuje na człowieka. Są takie filmy, które generalnie wstrzeliwują się w moment, stanowią komentarz do medialności przemocy w świecie. Film "Urodzeni mordercy" [Olivera Stone’a] pokazuje bohaterów, których bardzo lubimy, ale są mordercami. Generalnie oznacza to, że mordercy są teraz wszędzie w mediach, stają się popularni, są gwiazdami, a to jakaś bzdura. Jest taki drugi film, Michaela Haneke "Funny Games", który też dotyczy przemocy i w krzywym zwierciadłem pokazuje, w jaki sposób media lansują przemoc. Wydaje mi się, że takie filmy, właściwie odebrane, są odpowiednim komentarzem do tego, co się dzieje na świecie w kontekście przemocy. Jesteś też filmoznawcą, czy to nie przeszkadza Ci w pracy filmowca? Przeszkadza mi (śmiech). Ta rozmowa odnosi się też do mojej wiedzy filmoznawczej. Kino generalnie opowiada historie. W filmie trzeba się poddać tej historii. Oczywiście pracując nad scenariuszem, uruchamiam różnego rodzaju pola skojarzeniowe, ale, tak naprawdę, trzeba w pewnym momencie instynktownie wyczuć z jaką historią ma się do czynienia. Jeżeli to się uruchomi, wówczas zapomina się, że jest się filmoznawcą. Gdyby cały czas myśleć o tym, że taki film to już zrobił ktoś w Ameryce, a tutaj jakiś krytyk pewnie napisze to, a temu coś się nie spodoba... Nie wolno o tym myśleć! Foto: Onet Tomasz Schuchardt w filmie "Chrzest" No właśnie! Wiesz przecież, w jaki sposób pisze się recenzje i teksty krytyczne. Czy dzięki temu zachowujesz większy dystans do tekstów na temat własnej pracy niż reżyserzy, którzy nie mają takiego przygotowania? Tak, jestem względem niektórych osób lepiej wyedukowany. Wydałem nawet książkę, zbiór esejów. Generalnie odnoszę wrażenie, że gdy po studiach filmoznawczych poszedłem do szkoły filmowej, zobaczyłem, że język filmowy jest zupełnie czymś innym. Chodzi mi o to, że krytycy nie potrafią właściwie odczytać języka, który jest użyty w danym filmie. To wynika z różnych rzeczy. Najczęstszym błędem w patrzeniu na kino jest odczytywanie go poprzez własny pryzmat. To, co mówiłem też o robieniu filmów - należy wyczuć, z jakim filmem ma się do czynienia i podążać za nim. I patrzeć na każdy z osobna. Ktoś jest zwolennikiem np. psychoanalizy, ktoś inny zwolennikiem behawioryzmu, ktoś - kognitywizmu, inny - postmodernizmu i wszędzie widzi kody postmodernistyczne. Czasem napotka opór, bo jeżeli będzie patrzeć na współczesną twórczość Tarantino postmodernistycznie, to straci przyjemność oglądania filmu, który jest po prostu śmieszny. Poza tym, jeżeli ktoś taki nie dostrzeże kodów postmodernistycznych w nowym tytule i uważa, że to jest złe, to dla mnie absurd! Zwykłe przylepianie się do teorii. Ktoś inny jest pacyfistą i dlatego nie pójdzie na film wojenny. Ja tego nie kupuję. Przecież są pacyfistyczne filmy wojenne. Dlatego mam do tego dystans. Ale gdy ktoś napisze o mojej pracy coś złego, to oczywiście czytam i myślę o tym. Nie można zamykać się w klatce własnego wrażenia o sobie samym. A w czasie rozmowy z dziennikarzami też wiele zyskuję, bo zadaję sobie potem pytania i szukam na nie odpowiedzi. Dobrze, że te rozmowy są i po to są też filmy, żeby o nich rozmawiać. Natomiast studia filmoznawcze dały mi rodzaj dystansu. A dlaczego tym razem nie brałeś udziału w procesie pisania scenariusza? Dlatego, że w czasie gdy powstawał, pracowałem nad swoim pierwszym filmem (śmiech). Natomiast mój udział reżyserski był duży, wiele rzeczy w scenariuszu zmieniłem, choć podobał mi się od początku. Po przeczytaniu go odniosłem wrażenie, że mam do czynienia z historią, która jest oparta gatunkowo. Odebrałem go też jako historię umieszczoną w świecie, ale z ogromnym przesłaniem, tematem poświęcenia i ofiary. To moje wrażenie i z tego mojego wrażenia chciałem zrobić film. Wprowadziłem np. motyw siedmiu dni. Początek i koniec też zostały zmienione pod wpływem rozmów i dokumentalnego charakteru przygotowań. Nie robię filmów dokumentalnych, ale pracuję jak dokumentalista w czasie przygotowań. Zderzam rzeczywistość aktorów z prawdziwymi postaciami, które przeżyły podobne historie. Czuję się więc udziałowcem tej całej historii, a to, że akurat nie brałem udziału w samym procesie pisania, nie ma żadnego znaczenia, bo i tak reżyser nadaje ostateczny kształt. Jednym z autorów scenariusza jest natomiast Grażyna Trela, z którą pracowałeś również przy "Mojej krwi", a wcześniej w Teatrze TV. Jak doszło do waszego spotkania? Z Grażyną spotkałem się już w szkole w Katowicach. Była wolnym słuchaczem, chyba na roku wyżej. Zrobiłem na studiach film "Człowiek magnes", który bardzo się jej spodobał. Zaczęliśmy rozmawiać o wspólnym projekcie. I napisaliśmy tekst sztuki teatralnej, która została potem zrobiona dla Teatru TV. Pracowaliśmy razem jeszcze dwukrotnie. Grażyna jest bardzo konkretna. Zwarta. Z dużym nerwem. Poza tym zależało mi na elemencie kobiecości, żeby ktoś patrzył na moje historie z perspektywy drugiej płci. Nie chciałem, by film był zbyt hermetyczny. Ponadto Grażyna jest wielką aktorką, w latach 90. była gwiazdą i ma dobre wyczucie dialogu. Często odgrywała mi fragmenty scen, co bardzo pomagało mi zrozumieć, w jakim kierunku muszę podążać, jaki trop podjąć. Mieć takiego partnera na pokładzie, w swojej załodze, to jest duża przyjemność. A z jej strony duża pomoc. Foto: Onet Tomasz Schuchardt w filmie "Chrzest" Twoim stałym współpracownikiem jest też autor zdjęć Paweł Flis. Z Pawłem znamy się ze szkoły. Już na pierwszym roku zaczęliśmy razem robić ćwiczenia. On jest trochę moim przeciwieństwem. Jest takim mega spokojnym, bardzo rodzinnym facetem. Bardzo cenię ten jego rodzaj skupienia. Kiedy wchodzę na plan też lubię ciszę, spokój. Wchodzę w rodzaj, może nie medytacji, ale transu; taki rodzaj skupienia. Z Pawłem... my już praktycznie ze sobą nie rozmawiamy, tak dobrze się rozumiemy. Poza tym on jest też bardzo dobrym szwenkierem. Nie lubię operatorów, którzy kręcą swój film. Robimy film razem. Paweł wie, że jak aktor nie pociągnie, to nawet jeśli będą ładne zdjęcia czy ładne światło, to nie ma żadnego znaczenia. Wielokrotnie bywały takie sytuacje, że mówiłem "wiem, że nie skończyłeś jeszcze ustawiać światła, ale bierz kamerę i kręcimy, bo to za chwile zniknie i wtedy nawet jeśli wszystko będzie dobrze oświetlone, to już nie będzie tej sytuacji". Gdy pracuję z aktorami, żałuję czasem, że w trakcie prób nie są przebrani w kostiumy, że nie mam kamery, bo wydarzają się rzeczy, które są potem trudne do odtworzenia. Później na planie staram się więc dodawać nowy element, by stworzyć sytuację, która jest wyjątkowa, bo zdarza się właśnie teraz. Nie jest to sytuacja, w której aktorzy przychodzą jak do teatru i grają po raz sto pięćdziesiąty "Romea i Julię". To ma być dobrze przygotowane, ale jednak świeże. Tak, aby aktorzy odkrywali, przekraczali swoje możliwości. Paweł jest na to wyczulony. Opowiada o tym, a nie robi film wyłącznie z pięknymi zdjęciami. Jak się w takim razie czuje reżyser, gdy obaj jego aktorzy dostają nagrodę na festiwalu w Gdyni? W ogóle pierwszy raz w życiu widziałem taką sytuację, żeby dwaj aktorzy dostali nagrodę za główną rolę w jednym filmie. Natomiast uważam, że to bardzo fajnie, tym bardziej, że cała historia została tak zapisana w scenariuszu - jeden zastępuje drugiego. Nie wiadomo, który jest lepszy, który dojrzalszy. Choć dojrzalszy to może tak. To, co zagrali, to prawdziwa przyjaźń. Stworzyli tak mocny, tak nierozerwalny układ, że ciężko mi powiedzieć, który zagrał lepiej. Nawiązali relację i wprowadzali różnego rodzaju koloryt do scen. Jeden bez drugiego w ogóle by nie zagrał. Super, że zostali docenieni. Dla Wojtka [Zielińskiego] na pewno, ale też Tomek [Schuchardt], dla którego był to pierwszy film. Od razu wskoczył na półkę obok największych polskich aktorów. To świadczy o ich wielkim talencie, naszej wspólnej pracy i o tym, że się udało. W wywiadach wspominałeś, że "Chrzest" jest drugą częścią planowanej trylogii? Chciałbym. W "Chrzcie" jest widoczne nawiązanie do jednego z wątków w moim poprzednim filmie. Chciałbym to jeszcze raz wykorzystać. Tym bardziej, że - moje zboczenie filmoznawcze (śmiech) - to moja fascynacja możliwościami dramaturgicznymi. W tym roku obroniłem zresztą doktorat z dramaturgii. Istnieje wiele mitów, które z każdym nowym pokoleniem ludzie odkrywają na nowo. To by było ciekawe: nie szukać nowej historii, tylko wykorzystując dany motyw, zrobić z tego zupełnie inny film. To mnie pociąga. Chciałbym, żeby bohaterką była kobieta. I nie dlatego, że ktoś mi zarzuca, że robię takie męskie kino, zrobiłem przecież dwa spektakle Teatru TV z kobiecymi bohaterkami, tylko wydaje mi się, że to bardzo fajna sprawa. Foto: Onet Tomasz Schuchardt w filmie "Chrzest" W takim razie o kim będzie trzecia opowieść, jeśli "Moja krew" była historią Pięknej i Bestii, a "Chrzest" - Kaina i Abla? Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem, aż tak głęboko, natomiast myślę, że to będzie raczej film o dwóch kobietach, które żyją w jednej osobie. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Ale broń Boże nie będzie to o schizofrenii! (Śmiech) Znajdzie się w nim miejsce dla Roberta De Niro, który kilka lat temu, w czasie waszego spotkanie na Tribeca Film Festival powiedział ci, że mógłby rozważyć propozycję zagrania w filmie młodego, polskiego reżysera? No to jest takie marzenie, ale samo zatrudnienie Roberta, dlatego że jest Robertem De Niro, nie jest najważniejsze. Ważne jest, żeby miał rolę, która będzie do niego pasować. Ale też taką rolę, z którą zmierzyłby się po raz pierwszy, choć on tyle już zagrał. Odkrywanie nowych rzeczy, nowych wizerunków aktora jest tym, co mnie ciekawi. Sprawdziło się to w przypadku Adama Woronowicza, "Popiełuszki", który zagrał bandytę. Dziękuję za rozmowę. Rozmowa odbyła się w krakowskim Kinie Pod Baranami Tytuł: Ostatni, którzy wyszli z rajuAutor: Marek S. HuberathWydawca: Zysk i S-kaData wydania: 1996Liczba stron: 280Oprawa: miękkaFormat: 125x195 mmISBN-10: 83-7150-037-8 To zaledwie drugie opowiadanie tego ukrywającego się pod pseudonimem autora, który wkroczył do literatury jako w pełni ukształtowana osobowość artystyczna. Opowiadanie Huberatha powinno się stać wydarzeniem w całej polskiej literaturze współczesnej — Lech Jęczmyk, Nowa Fantastyka Spośród trzech kolejnych opowiadań prezentowanych w Nowej Fantastyce dwa dostały nominację do nagrody Zajdla. W książce Ostatni, którzy wyszli z raju, oprócz tytułowej minipowieści znajdują się opowiadania: Trzy kobiety Dona, Kocia obecność, Kara większa, Wrócieeś Sneogg, wiedziaam…. – To nieprawdopodobne! Brak mi słów! Tak, jak my sobie dzisiaj pomagaliśmy na boisku, to było coś pięknego! Pokazaliśmy, co to znaczy zespół! Musimy zapamiętać ten mecz, bo to było coś naprawdę wielkiego! – ekscytował się po spotkaniu z Niemcami atakujący reprezentacji Polski Bartosz Kurek. – Jestem dumny, że mogę być kapitanem takiego zespołu – mówił Michał Kubiak. Pokazali, że mają jaja Karol Kłos, który ostatniego seta oglądał z kwadratu dla rezerwowych, łapiąc się co chwila za głowę, jednym zdaniem ocenił to, co wydarzyło się w Max-Schmelling Halle w meczu o trzecie miejsce europejskiego turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich. – Chłopaki pokazali, że mają jaja. Jeszcze żyjemy, choć było naprawdę blisko prawdziwej katastrofy – mówił środkowy reprezentacji Polski. Właściwie nie ma słów, które mogłyby oddać emocje, jakie przeżywało 7200 kibiców w hali (znowu większość stanowili Polacy) oraz miliony przed telewizorami. Biało-czerwoni jedną nogą byli już w piekle – i to kilka razy – by w niesamowitych okolicznościach wydobyć się na powierzchnię i ostatecznie trafić do czyśćca, czyli turnieju interkontynentalnego, z którego o awans powinno być już znacznie łatwiej (czytaj na stronie 15). – Wyszarpaliśmy sobie jeszcze jedną szansę na Rio i na pewno ją wykorzystamy – mówił kapitan. Działy się cuda Mecz o trzecie miejsce od początku nie układał się po myśli biało-czerwonych. Polacy grali ofiarnie, walczyli o każdą piłkę, ale popełniali za dużo błędów. Przegrali pierwszego seta, a w drugim gospodarze prowadzili 21:19. I wtedy stał się pierwszy cud – na boisko wszedł Marcin Możdżonek i nasz zespół zdobył cztery punkty blokiem, w tym dwa Możdżonek. Nagle – w sytuacji wręcz beznadziejnej – zaskoczył element, z którym nie biało-czerwoni mieli kłopoty przez cały turniej. Ale to nie był koniec problemów, bo świetnie dysponowani Niemcy wygrali trzeciego seta, a w czwartym prowadzili 8:4. I wtedy Polacy podnieśli się po raz kolejny. Obronili piłkę meczową a w ostatniej akcji Mateusz Mika zablokował niemieckiego asa György’ego Grozera. W serca polskich kibiców znowu wstąpiła nadzieja. W tie-breaku na boisku znowu działy się cuda. Paweł Zatorski w sposób niewiarygodny obronił piłkę uciekająca w trybuny, a Kubiak atakował z sytuacji, z których nikt inny nie byłby w stanie zdobywać punktów. Niemcy długo i dzielnie się bronili, ale biało-czerwoni zadali im ostateczne trafienie. W roli killera wystąpił Mateusz Mika, który znakomicie skończył ostatni atak. – Jestem szczęśliwy, że tym razem zdobyłem punkt w ostatniej akcji – mówił potem Mika, nawiązując do sobotniego półfinału z Francją, w którym w drugim secie przy setbolu zabrakło mu dosłownie minimetrów, żeby zahaczyć blok rywala i trójkolorowi wygrali 32:30. – Chcieliśmy wygrać turniej w Berlinie, ale Francja gra naprawdę kosmiczną siatkówkę. Została nam zatem walka o trzecie miejsce – mówi Kubiak. – W dwóch setach półfinału graliśmy świetnie, ale Francuzi byli jeszcze lepsi – mówił Antiga po porażce 0:3, która skazała Polaków na niedzielny horror. Przegrany pożegnał się z marzeniami o Rio de Janeiro, zwycięzca dostał kolejną szansę. Ostatecznie to do Polaków uśmiechnęło się szczęście, a Niemcy ze łzami w oczach opuszczali parkiet. – Ostatnio nie mieliśmy szczęścia, ale dzisiaj los się do nas uśmiechnął. Dziękuję niebiosom. Mistrzów świata nie może przecież zabraknąć w Rio de Janeiro – mówił Kubiak, który dokonywał w niedzielę rzeczy niemożliwych. W dużej mierze, to dzięki niemu biało-czerwoni nie zostali strąceni do piekła i trafili do przedsionka niebios. Ostatni krok do raju muszą zrobić na przełomie maja i czerwca. Polska – Niemcy 3:2 (20:25, 25:22, 16:25, 28:26, 16:14) Stephane Antiga: Żyjemy, żyjemy. Jeszcze nie jedziemy do Rio, ale żyjemy

ostatni którzy wyszli z raju